czwartek, 27 grudnia 2012

Coś się kończy, coś się zaczyna

No o rozpoczął się ostatni tydzień praktyk, ostatni tydzień zakupów, ostatni tydzień naszego pobytu w Mountain View.

Stanford

Ostatni tydzień praktyk w NASA upłyną mi przy pracy nad projektem. Oczywiście wykonywałem jedynie jego małą część, można by rzec promil, ale mam nadziej, że będzie przydatny. W ostatnim tygodniu 4 osoby z naszej grupy dostało wyjątkową okazję "przelecieć" się promem kosmicznym oczywiście na symulatorze VMS (Vertical Motion Simulator). Wrażeń, krzyków i pisków było co nie miara :) bo nic tak dobrze nie robi człowiekowi na humor jak zmienne przeciążenie +/- 0.7 G.

Po bokach dwójka ostatnich pilotów promu, w środku Emili i Girish moi opiekunowie podczas praktyk w NASA.

Ostatni tydzień naszego pobytu w Mountain View to także szlifowanie końcowych projektów, prezentacji. Tematy naszych projektów są ściśle powiązane z tematyką: co zrobić aby i w naszej polskiej nauce zaczęło dziać się lepiej. Mam nadziej, że zostanie podjęta próba wdrożenia chociaż małej część proponowanych przez nas zmian.

Ostatni dzień naszego pobytu to także nasze prezentacje. Ubrani na galowo, szacowna komisja za stolikiem z zielonym suknem i my na scenie. Ostatni wieczór naszego pobytu to uroczysta kolacja, rozdanie dyplomów i zabawa do późnego wieczora. Wszyscy z grupy zaliczyli zajęcia, każdy odebrał dyplom, zrobił sobie zdjęcie z organizatorami. 
Ceremonia wręczenia dyplomów. Organizatorzy docenili kolor mojego krawata. Ciekawe czy wiecie dlaczego ;) ?
Pożegnalna kolacja na Stanford.
Nazajutrz godzina 15.00 odlot i powrót... No właśnie do czego powrót?  Mamy nadzieję, że zderzenie z polską rzeczywistością nie będzie zbyt twarde. Jak by na to nie patrzył przez dwa miesiące pobytu w USA człowiek zaczął trochę inaczej myśleć i postrzegać pewne rzeczy. Wielu z nas pali się by w Polsce zacząć przekazywać zdobytą wiedzę. Nie wiem czy jest to dobry pomysł. Jeden miesiąc nauk to zdecydowanie za krótko by być nauczycielem dla innych a zły nauczyciel może sporo popsuć. W każdym razie jeden z prowadzących dał mi myślę dobrą radę, abym po powrocie spróbował zrobić coś swojego, zrealizować chociaż jeden swój pomysł na biznes. I tak trzeba będzie chyba zrobić nie oglądając się na innych bo przecież: "OK to fail"!

środa, 26 grudnia 2012

If you are leaving San Francisco

Atmosfera Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku wprawia nas w pogodny nastrój po powrocie ze słonecznej Kalifornii, jednak gdzieś z tyłu głowy siedzi melancholia i smutek...dlaczego?

Berkeley

Był to dla nas czas intensywnej pracy, poszerzania swoich kompetencji w różnych dziedzinach z pogranicza nauki i biznesu ale przede wszystkim czas w którym zostały nawiązane przyjaźnie które będą trwały całe życie. Coś w nas się złamało, coś się zmieniło, czegoś żeśmy się nauczyli, coś zrozumieliśmy, kogoś poznaliśmy, gdzieś byliśmy...Nie można tych wszystkich "cośów", "ktośów" i "gdziesiów" rozpatrywać osobno, tworzą one jedną metafizyczną całość, którą rozumieją tylko ci którzy byli jej częścią przez krótkie dziewięć tygodni wspólnego pobytu na Uniwersytecie Kalifornijskim Berekley.

Grupa Berkeley pełna werwy i humoru w całej swojej okazałości (Top 500 40.4 Berkeley).
Był to jednak dla nas czas który się jeszcze nie skończył. To jest dopiero początek a nie koniec! Zatem zapewniam was wszystkich że to co mamy z tyłu głowy to nie smutek i melancholia ale dreszczyk pozytywnej emocji przed tym co będzie! Nic nie jest niemożliwe, nic nas nie ogranicza, JAK NIE TERAZ TO KIEDY, JAK NIE MY TO KTO (przecież nie...kto inny:)).

                               !!! GO BEARS !!!

PS: Wszystkim życzę takiego czasu jaki my spędziliśmy w Kalifornii...nieziemskie przeżycia które, nie śmiem wątpić wywarły ogromny, pozytywny wpływ na resztę naszego życia...naprawdę warto!

niedziela, 2 grudnia 2012

Pierwszy tydzień praktyk w NASA....

Tak więc zaczęło się, dnia 26.11.2012 rozpocząłem swoje tzw. "intership-y" i w moim przypadku jest to jedno z centrów badawczych NASA Ames, laboratorium VMS (Vertical Motion Simulator)

Stanford

Pierwszy dzień to oczywiście wyrabianie przepustek, oprowadzenie po laboratorium, instrukcja obsługi jak i gdzie zaparzyć kawę. Kolejne dni to "zawalenie" materiałem do przerobienia. Zostałem przydzielony do projektu EMP (Equation Motion Project) którego celem jest ujednolicenie modeli matematycznych obiektów latających (od cegły, poprzez F-16, na lądowniku księżycowym kończąc) używanych przez różne laboratoria NASA. Pierwsze zdziwienie to poziom bezpieczeństwa, jako szczególnie niebezpieczny typ ;) nie mogę na zewnątrz budynku chodzi bez eskorty! Przy wejściu muszę pokazać swoją przepustkę i inny dokument ze zdjęciem i nie ma od tej zasady wyjątków. Przekonałem się o tym wracając raz z lunchu i nie mając przy sobie paszportu. Kierownik mojego laboratorium musiał iść i przynieść mój paszport ja przez ten czas potulnie czekałem pod bramą. 
Przyglądam się też ich kulturze pracy i pierwsze wrażenia są następujące: nie pracują nerwowo (albo tego nie pokazują przy mnie). Każdy z pracowników bardzo poważnie traktuje i wykonuje swoje zadania (nawet najprostsze) a pozostali pracownicy w pełni to rozumieją i dokładnie takiego zachowania oczekują. Są bardzo uprzejmi w stosunku do siebie, w zasadzie zawsze starają Ci się pomóc - nie wiem na ile jest to prawda, jestem tutaj dopiero 1 tydzień ale z mojego punktu widzenia tak to wygląda. Wszyscy pracownicy z którymi rozmawiałem są bardzo zadowolenie z pracy w NASA i widać, że daje ona im chyba bardzo dużo satysfakcji.
Teoretycznie pracują tutaj 40h tygodniowy ale praktycznie to pracują zadaniowo - zadanie musi być zrobione a to jest twoja sprawa kiedy zrobisz. Są ludzie co przychodzą do pracy na 6.00 ale są tez i tacy co przychodzą na 11.00.
W czwartek natomiast spotkała mnie nie lada gratka, miałem możliwość polatania na symulatorze VMS (więcej). Symulator który ma 6 stopni swobody, porusza się i obraca we wszystkich 3 osiach - niesamowite wrażenia! Zadanie: wylądować wahadłowcem czyli takim bardzo dużym i ciężkim szybowcem. Dwie na trzy próby zakończone sukcesem!

Kontrola lotów symulatora VMS


środa, 21 listopada 2012

Big data i Energia gwiazd

W tym tygodniu zostaliśmy zaproszeni do Narodowych Laboratoriów Lawrence Livermore oraz do firmy Splunk. Obie organizacje zrobiły na nas piorunujące wrażenie, chociaż każda z nich z innego powodu.

Berkeley

Słowo splunk oznacza zanurkować, zanurzyć się, wejść w środek i właśnie na tej ideologi została utworzona firma Splunk. Zajmuje się ona rozwojem narzędzi do analizy i przetwarzania dużych ilości danych maszynowych (nieprzetworzone dane tekstowe generowane bezpośrdnio przez np. komputer lub inną maszynę) zwanych ogólnie Big Data.  Przetwarzanie danych określonych tym mianem przy pomocy komercyjnych narzędzi oraz baz danych jest utrudnione z powodu ich ogromnej ilości, różnorodności oraz praktycznie ciągłego przyrostu. Dane te jednak odpowiednio użyte i zinterpretowane stanowią niewyczerpalną bazę wiedzy dla biznesu. Produktem Splunka jest coś w stylu wyszukiwarki i interpretatora danych maszynowych. Na podstawie źródeł danych zapewnionych przez klienta są wykonywane analizy obszaru zainteresowań. Np. podłączając do wyszukiwarki Splunk serwery obsługujące wszystkie sklepy internetowe w USA jesteśmy w stanie wygenerować miejsca w których zakup danego produktu jest największy. W tym szczególnym wypadku Splunk automatycznie analizuje adresy IP klientów. Najciekawsze jest to że żadna specjalna, wstępna obróbka danych podłączonych do Splunka nie jest potrzebna. Dane maszynowe są automatycznie odnajdywane i przetwarzane. Firma została założona w 2006 roku i od tego czasu pozyskała około 4400 klientów. Prowadzi ona również swoją działalność w ponad 80 krajach. Dane te mówią same za siebie gdzie znajduje się przyszłość IT... no może równocześnie z zastosowaniem szeroko pojętej chmury obliczeniowej. Wpływ innowacji na obecny rynek IT jest ogromny, kto wie może już niedługo nie będziemy googlowali tylko splunkowali...kto wie.

National Ignition Facility

W Narodowych Laboratoriach Lawrence Livermore  znajduje się jedyna w swoim rodzaju instalacja służąca do badania zagadnień związanych z inercyjną fuzja termojądrową. Instalacja kosztowała około 4 miliardów dolarów i została otwarta w 2009 roku. Ogólnie składa się ona z aluminiowej komory w kształcie kuli (średnica około 10m), w środku której znajduje się złota pastylka zawierająca 150 miligramową kuleczkę z mieszanką deuteru i trytu, które są wykorzystywane jako paliwo. W sąsiednich budynkach ulokowana jest największa na świecie instalacja optyczna o całkowitej długości 7500m. Służy ona do wygenerowania 192 wiązek laserowych o całkowitej energii około 4 milionów juli. Początkowy impuls laserowy przechodzi poprzez zestawy wzmacniaczy ze szkła fosforowego wzbogaconego neodymem (piękny różowo-fioletowy kolor) i jest finalnie koncentrowany na kuleczce z paliwem deuterowo-trytowym. Dostarczona energia powoduje wzrost temperatury do około 100 milionów stopni Celsjusza, ciśnienia do wartości 100 miliardów razy większych od ciśnienia atmosferycznego oraz gęstości do wartości przekraczającej 100 razy gęstość ołowiu. W takich warunkach jądra deuteru i trytu łączą się tworząc jądro helu oraz neutron. Podobne procesy zachodzą w gwiazdach i są źródłem ich energii. W dużym skrócie można powiedzieć, że naukowcom z Laboratoriów Lawrence Livermore udało się na ułamek sekundy rozpalić sztuczną gwiazdę i zbliżyć się nieco do praktycznego wykorzystania jej energii do zaspokojenia energetycznych potrzeb ludzkości. Nie ma jednak róży bez kolców.Teraz należy życzyć im szczęścia aby bilans energetyczny tego procesu był dodatni (więcej energii jest generowanej w reakcji fuzji niż wkładamy w jej zainicjowanie)…co się jeszcze nigdy nie udało…

sobota, 17 listopada 2012

Koniec nauki czas na praktykę

W tym tygodniu oficjalnie zakończyliśmy część teoretyczną szkolenia. Po zajęcia z design thinking, patentowania, finansów, zasad prezentowania swoich projektów przed VC ruszamy w świat.

Stanford

Oficjalnie zajęcia zakończone. Oprócz planowych zajęć mieliśmy też szereg spotkań z różnego rodzaju osobami, od przedstawicieli konkretnych VC poprzez poprzedniego din-a uniwersytetu (din można powiedzieć taki odpowiednik naszego rektora), osoby z biura komercjalizacji wyników badań czy też osób wspomagających przedsiębiorczość studentów. Channing Robertson były din School of Engineering opowiadał w jaki sposób na Stanfordzie przyjmuje się ludzi, jaka jest ich ścieżka kariery, czego się od nich wymaga i jak łatwo wylecieć ze Stanfordu ;). Generalnie możliwości rozwoju na uniwersytecie są ogromne (tutaj nie czeka się 1.5 miesiąca z zakupem 2GB RAM-u do komputera) ale też trzeba się wykazać, że się coś robi. Jest to jednak uczciwe postawienie sprawy bo uniwersytet naprawdę stwarza warunki do rozwoju.

Kristen Leute z Office Technology Licensing (można powiedzieć takiego naszego odpowiednika wszelakiego rodzaju biur transferu technologi) opowiadała jak Stanford zarabia na licencjach. A zarabia i to duże pieniądze ale, właśnie zawsze jest to ale, przez 15 lat uniwersytet inwestował w to biuro, dopiera po tym czasie po sprzedaniu pierwszej licencji wyszli z bilansem "ponad kreskę". Warto aby i u nas o tym pamiętano iż duże zyski przeważnie wymagają albo dużych albo długoterminowych nakładów.

W ostatnim dniu prezentowaliśmy także nasze pomysły na różnego rodzaju zmiany, unowocześnienia różnych produktów tak aby oczywiście ich sprzedaż wzrosła. Doświadczenie bardzo ciekawe, ciekawsze natomiast było miejsce gdzie to robiliśmy mianowicie: d.school Institute od Design at Stanford. Jest to miejsce na uniwersytecie gdzie uczą, no właśnie czego oni tam uczą... Uczą chyba jak wymyślać, projektować, rozwiązywać problemy ale uczą też jak to robić. Poniżej kilka zdjęć laboratoriów jakie znajdują się d.school.


wtorek, 13 listopada 2012

Z wizytą w INTELU

INTEL jest największym na świecie producentem mikroprocesorów  zatrudniającym 100.000 ludzi na całym świecie. Mieliśmy okazję porozmawiać z przedstawicielem firmy i zwiedzić muzeum.

Berkeley

Zakres działalności firmy INTEL jest znany chyba każdemu, kto podąża za najnowszymi trendami w dziedzinie elektroniki. Mieliśmy okazję posłuchać prezentacji i porozmawiać z przedstawicielami tej firmy oraz poznać trochę mniej znanych faktów na temat modelu biznesowego korporacji.

Cykl produkcyjny firmy odbywa się w rytmie TIK-TOK-TIK-TOK. W roku 'TIK' (parzystym) wypuszczana jest na rynek nowa rodzina mikroprocesorów, w nowym procesie technologicznym. Ostatnim takim procesorem był Ivy Bridge (proces 22 nm), wypuszczony na rynek masowy w tym roku. W roku 'TOK' (nieparzystym) technologia w danej technologii jest ulepszana. Tak więc w 2013 roku rynek zobaczy następcę Ivy Bridge w procesie 22 nm a w 2014 roku - nową rodzinę w nowym procesie technologicznym (17 nm). Prezentujący zapewnił nas, że w obecnej technologii (krzem i fotolitografia) są w stanie zejść do 5 nm, i takie prototypy już funkcjonują w laboratoriach INTEL. Poniżej tej granicy - potrzebna będzie całkowita zmiana podejścia. Tu wymienione były miedzy innymi fotoelektronika z użyciem bramek laserowych oraz grafen jako możliwe ścieżki dalszego rozwoju.

Ciekawym pokłosiem takiej taktyki (ponad utrzymania prawa Moora, który nota bene był jednym z założycieli INTELa) jest to, że konkurencja zawsze pozostaje w tyle i jest cały czas zmuszona do inwestowania. A inwestycje są nie małe - każda nowa fabryka (nazywana w języku INTELa fab) kosztuje około 8 miliardów dolarów. Intel stać na takie wydatki - jest zdecydowanym liderem rynku, a zwrot kapitału (margin) szacowany jest na astronomiczne 63%. Konkurentów już niekoniecznie.

Ciekawa jest też wizja INTELa dotycząca edukacji. INTEL przewiduje, że technologia będzie odgrywała zdecydowanie wiodącą rolę w edukacji, a elementem hamującym będzie nauczyciel nie mogący nadążyć za postępem technicznym. Wizja jest przedstawiona w poniższym, inspirującym filmie.


Moje oko naukowca wychwyciło trzy ciekawe elementy:
w 0:26 filmu przedstawiony jest "Students Activity Monitor" pozwalający na monitorowanie postępów poszczególnych uczniów. Coś takiego przydało by się na laboratorium!
w 0:45 filmu nauczyciel używa techniki wyszukiwania przez podanie przykładu, która jest intensywnie rozwijana w Katedrze Telekomunikacji AGH
w 1:36 filmu, gdy Jennifer rozmawia z "inżynierem" w tle widać budowany właśnie nowy most nad zatoką San Francisco





piątek, 9 listopada 2012

Nauka, wizyty, odpoczynek

Mijają kolejne dni tygodnie naszego pobytu w Kalifornii. Powoli zmierzamy ku końcowi. Przed nami ostatni tydzień podczas którego będziemy prezentować przed prawdziwymi VC nasze biznesowe pomysły.

Stanford

Czeka na nas zapewne  kubeł zimnej wody ze strony VC ale nie nauczysz się pływać jak nie wskoczysz do basenu. Nie do pojęcie jest ile w CA jest pieniędzy na inwestycje. Zapytany podczas jednego z wykładów przedstawiciel VC odpowiedział (i to poważnie) iż w promieniu 10 mil jest  około 100 VC, którzy jeśli tylko przedstawimy im rozsądny biznes plan i uznają iż nasz pomysł ma szanse na sukces są w stanie finansować realizację tego pomysł nawet przez 5-7 lat! My chyba jeszcze musimy trochę poczekać na taką ilość VC z takim szerokim horyzontem inwestycyjnym.

W ubiegłym tygodni odwiedziliśmy także laboratorium w którym rozwijana są koncepcje samochodu elektrycznego oraz samochodu bez kierowcy. Laboratorium wspaniałe, studenci siedzą od rana do wieczora, składają, skręcają coraz to nowsze konstrukcje. Efekt, zobaczcie sami na filmie:

Kolejne dni to tzw. site visit-y. Piewsza w Plug&Play firmie która pomaga w zakładaniu tzw start-up-ów. Podczas tej wizyty mieliśmy okazję wziąść udział w tzw. elevator pitch. Z jednej strony stolika DUŻE (naprawdę duże) pieniądze z drugie zapał, energia i pomysł - nie zawsze trafiony a często szalony ;)

Kolejna wizyta to NASA Ames Research Center no i jak to w NASA dużo różnych wspaniałych rzeczy związanych z lataniem i podróżami w kosmosie. Absolutnym hitem była dla mnie  możliwość pilotowania Boeing-a 747 takim samym jakim dotarłem do San Francisco. Odczucia: strasznie ciężki na stery albo ja byłem taki słaby z wrażenia czym lecę ;)

Jeden z pierwszych na świece symulatorów lotu

W NASA nic się nie marnuje ;) Ten komputer ciągle działa i według zapewnień przewodnika jest ciągle wykorzystywany ;)

Za sterami Boeing 747 bodajże wersja 200

Model Vertical Motion Simulator - jedyny na świecie symulator o 6 stopniach swobody (http://www.nasa.gov/centers/ames/research/technology-onepagers/vms.html)

O odpoczynku więcej następnym razem. Przed nami tydzień wolnego, wyruszamy więc w małą wycieczką objazdową po okolicznych parkach narodowych.

czwartek, 8 listopada 2012

Yosemite


Nie samą nauką człowiek żyje. Czasami należy oczyścić umysł i oderwać się od swoich codziennych  obowiązków – zastosować tak zwany reset mózgu.

Berkeley

Nasz wybór padł na Park Narodowy Yosemite. Biała Toyota Camry sunie w ciszy po idealnie gładkiej asfaltowej drodze. Za oknem tylko łany złotej trawy. Od czasu do czasu pojawiają się samotne farmy rozpoznawalne po specyficznym westernowym wiatraku i zbiorniku na wodę. Step zmienia się powoli w góry, pniemy się serpentynami do naszego celu – miasteczka Oakhurst bezpośrednio sąsiadującego z parkiem Yosemite. Tutaj można dopiero zobaczyć prawdziwą prowincjonalną Amerykę, jakże różną od zatłoczonej Bay Area. Życie płynie tu spokojnie, wydaje się że w ten sam rytm co 100, 200, 300 a może i więcej lat temu:)

Co takiego można zobaczyć w parku Yosemite? Przede wszystkim występują tu ogromne sekwoje wieczniezielone. Drzewa te mogą żyć ponad 2000 tyś. lat. Nie oszałamiają one swoją wysokością lecz średnicą pnia jak widać na załączonym zdjęciu.  Najczęściej można spotkać pojedyncze egzemplarze wyróżniające się swoim majestatem wśród innych drzew. Sekwoje nie rywalizują ze sobą, jeśli już rosną koło siebie łączą swoje systemy korzeni i współpracują w walce o przetrwanie. Ich kora jest najczęściej opalona, co jest skutkiem umyślnego wypalania runa leśnego. Spalona kora stanowi warstwę ochronną. 
Mikołaj Oettingen i sekwoja średniego rozmiaru.
Park Yosemite to głównie Dolina Yosemite, na którą najlepszy widok jest z punktu widokowego Glacier Point. Można tam bezpośrednio dojechać samochodem, co nieco może dziwić polskich turystów gdyż znajduje się on na wysokości 2199 metrów n.p.m. Powietrze jest tu niesamowite a widoki zapierają dech w piersi. Jedyne na co trzeba uważać to dzikie zwierzęta. Powszechnie widoczne są błąkające się przy drodze kojoty i jelenie. Baribale również nie są rzadkością (niektórzy z nas widzieli na własne oczy!). Jednak nie one są najgroźniejszymi zwierzętami występującymi w Parku...najgroźniejsze są...uwaga...myszy! Kontakt z nimi może wywołać hantawirusowy zespół płucny.
Michał Grega kontempluje zachód słońca w punkcie widokowym Glacier Point. 
Po tak spędzonym weekendzie, naładowaliśmy nasze akumulatory a w naszych głowach zaczęły się kreować nowe pomysły.Jak mówi stara maksyma:

"Nie ma na świecie nic równie potężnego jak pomysł, którego czas właśnie nadszedł"

sobota, 3 listopada 2012

Biznes, Biznes, Biznes


W bieżącym tygodniu odwiedziliśmy kilka doskonale prosperujących organizacji mających swoje siedziby w Dolinie Krzemowej. Wszystkie skupiają się na innym typie działalności ale wspólnie należą do ekosystemu Doliny, który mamy wrażenie można odkrywać w nieskończoność. 

Berkeley

Crosslink

Dobry pomysł jest zalążkiem sukcesu. Jednak pomysł to za mało żeby założyć własną firmę, potrzebne są również pieniądze. Skąd je wziąć? Wszyscy nasi wykładowcy powtarzają, że w Dolinie Krzemowej pieniędzy jest mnóstwo. Czy leżą one na ulicy a może rosną na drzewach… nie, najczęściej pozyskiwane są w funduszach Venture Capital. Fundusze Venture Capital zajmują się głównie inwestowaniem w nowo powstałe firmy tzw. start-up-y próbujące wdrożyć innowacyjne pomysły obarczone dużym ryzykiem. Jednym z funduszy Venture Capital jest firma Crosslink. Firma powstała w 1989 i specjalizuje się w finasowaniu projektów z szeroko pojętej branży IT. Zdziwienie budzi to że firma jest mało znana w Europie czy w Azji jednak w Dolinie Krzemowej wiedzą o niej wszyscy. Dlaczego? Crosslink nawiązuje relacje z potencjalnymi inwestorami na drodze znajomości biznesowych (networking) i ceni sobie bezpośredni kontakt z nimi. Biznes ma większe szanse powodzenia gdy negocjacje toczą się przy filiżance kawy lub lunchu niż na odległość używając narzędzi interaktywnych. Również kontrola nowo powstałych firm jest łatwiejsza gdy znajdują się one w pobliżu centrali Crosslink. Dlatego też firma stara się koncentrować swój obszar działania w promieniu 30 mil od swojej głównej siedziby w San Francisco.  

oDesk

Jeśli jakaś firma boryka się z problemem znalezienia odpowiednich pracowników niewątpliwie powinna skorzystać z usług oDesku. W bazie firmy jest zarejestrowanych około 2.7 miliona osób. Średnio proces znalezienia odpowiedniego kandydata trwa tylko 5 dni. Rekrutacja odbywająca się w sposób tradycyjny to około 90 dni. Lecz jednak nie w bazie danych tkwi sukces oDesku. Firma jest liderem w tzw. pracy interaktywnej (online work). Obecnie rynek ten wart jest 1 miliard dolarów a szacuje się, że w roku 2020 jedna trzecia zatrudnionych będzie pracowała online. Specjaliści potrzebni kontrahentowi do wykonania odpowiedniego projekty są rekrutowani na całym świecie i pracują z domu. oDesk zapewnia interaktywny system kontroli pracownika. Co 10 minut zrzut ekranu komputera pracownika jest przesyłany do centrali firmy. System rozpoznaje czy dana osoba rzeczywiście pracuje. Jeśli myszka się nie poruszy lub pracownik nie będzie używał klawiatury system nie będzie traktował tego jako pracy. W ten sposób każda godzina pracy ma pokrycie w rzeczywistości... przerwa na kawę już się nie zalicza do czasu pracy... do czego to doszło!

Internet2

Dla odmiany Internet2 nie jest firmą tylko stowarzyszeniem. Należy do niego około 400 międzynarodowych instytucji  między innymi: uniwersytety, instytucje badawcze oraz partnerzy przemysłowi. Stowarzyszenie powstało w 1996 roku. Jego celem jest rozwój usług internetowych mogących wspomóc funkcjonowanie edukacji, badań naukowych oraz innych usług związanych z funkcjonowaniem wymienionych instytucji. Rozwijane są głównie technologie bazujące na tzw. architekturze chmury. Internet2 również wspiera budowę szybkich sieci przesyłowych łączących główne ośrodki naukowe. 

wtorek, 30 października 2012

Jak to się robi na Stanfordzie

Powoli dochodzimy do końca trzeciego tygodnia bardzo ale to bardzo intensywnych zajęć, tak więc można już spróbować porównać czy też podsumować co i jak oni robią, że im to tak dobrze wychodzi.

Stanford

Design Thinking - oni nie dość, że w to wierzą to jeszcze  stosują i to na co dzień. Całkowicie odmienne podejście do rozwiązywania problemów, projektowania nowych rzeczy oparte na szeregu prostych "gier". Pozwala na skuteczne rozwiązywanie problemów, uczy pracy grupowej, otwartości na pomysły. Jakież było moje zaskoczenie kiedy pytani przeze mnie "sąsiedzi" z miejsca naszego zakwaterowania (pracownicy lub stażyści w okolicznych firmach) potwierdzili, że wszyscy i wszędzie w dolinie krzemowej stosują design thinking. 

Praca grupowa - bez tego metodologia design thinking była by niczym. W Ameryce pracuje się w grupach i tylko w grupach. Jeśli masz problem to nie biegniesz od razu do biblioteki i spędzasz XXX godzin na poszukiwaniu rozwiązania. Starasz się znaleźć grupę i razem próbujecie zaatakować zagadnienie. 

Sieci kontaktów - absolutna podstawa pracy grupowej, jeśli chcesz budować zespoły które mają efektywnie pracować nie mogą się w nich znaleźć przypadkowi ludzie. Zapraszasz to takiego zespołu ludzi ze swoje sieci kontaktów. Jeśli aktualnie w swoich kontaktach nie masz odpowiedni osób to prosisz o pomoc w pozyskaniu takich kontaktów. Oni tutaj to naprawdę stosują, dobrze zorganizowana sieć własnych kontaktów to absolutna podstawa, bez tego nie zbudujesz zespołu, bez zespołu nie będziesz mógł zastosować metodologii desing thinking a bez tego masz mniejsze szanse na rozwiązanie swojego problemu.

Porażka to nic złego - nie udało ci tym razem "no problem", próbujesz następny raz. Statystycznie 80% startup-ów nie kończy się sukcesem, upadają. W tutejszej kulturze podejścia do życia porażka to nic złego, może się przydarzyć i prawdopodobnie każdemu się zdarza. Ważne aby się zastanowić co poszło nie tak i następnym razie starać się nie powtórzyć tego samego błędu.

niedziela, 28 października 2012

PAX Water, czyli jak organizuje się biznes w Dolinie Krzemowej

Mieliśmy okazję odwiedzić firmę PAX Water której CEO, Peter Fiske,  jest jednym z naszych wykładowców, . Firma zajmuje się produkcją innowacyjnych (a jakże!) mieszaczy do zbiorników wody pitnej. Zatrudnia 14 osób, osiąga obrót na poziomie 5 milionów dolarów a przewidywany zysk w bieżącym roku fiskalnym to około 1 milion dolarów.

Berkeley

To, co zrobiło na nas największe wrażenie to sposób w jaki firma jest zorganizowana. Na 14 zatrudnionych osób dokładnie NIKT nie zajmuje się obsługą finansowo - administracyjną firmy. Trudno w to uwierzyć pracując w takiej organizacji jak uczelnia, ale jest to fakt. W PAX Water nie pracuje ani jeden księgowy, ani jedna sekretarka, recepcjonistka ani informatyk. Jak to osiągnięto? Otóż wszystkie prace nie związane z bezpośrednio z zarobkową działalnością firmy są zlecane na zewnątrz (tzw. outsourcing) lub realizowane w informatycznej architekturze chmury.

Księgowość. Cały system obsługi firmy (PAX Water jest firmą produkcyjną) jest wdrożony w architekturze chmury na zewnętrznej platformie SalesForce. Platforma ta pozwala na zarządzanie przedsiębiorstwem, produkcją, stanem magazynowym, księgowością i klientami z jednego, spójnego przeglądarkowego interfejsu. Zadania księgowe są rozproszone między pracowników, przez co firma nie zatrudnia księgowości.  Przykładem może być obsługa płatności realizowanych firmowymi kartami kredytowymi przez pracowników. Płatności są raz w miesiącu automatycznie pobierane z banku do platformy Salesforce, automatycznie przypisywane do pracowników. Pracownicy kategoryzują swoje płatności, które są następnie zatwierdzane przez COO i księgowane przez Salesforce. Firma płaci za usługę Salesforce miesięczny abonament. W zamian za to dostaje w pełni funkcjonalny, modularny i elastyczny system ERP całkowicie pozbawiony papierowego obiegu dokumentów. Warto wspomnieć, że Salesforce jest także start-upem z Doliny Krzemowej.

Zasoby ludzkie. Liczba osób formalnie zatrudnionych w PAX Water wynosi zero. Wszyscy pracownicy firmy są zatrudnieni przez firmę TriNet która w ramach miesięcznego abonamentu bierze na siebie obsługę wypłat, urlopów, ubezpieczeń i przywilejów pracowniczych. Ponadto roztacza nad PAX Water parasol prawny w razie pozwów ze strony pracowników. Prawo Amerykańskie nie tylko umożliwia, ale nawet wspiera takie rozwiązania!

Usługi informatyczne. Obsługa informatyczna jest zlecona na zewnątrz w modelu "Managed Services". W ramach abonamentu płaconego od jednego stanowiska komputerowego zewnętrzna firma bierze na siebie całkowitą i nielimitowaną obsługę infrastrukturalno-informatyczną firmy.

Telefony i recepcja. Firma jest obsługiwana przez zautomatyzowaną centralę. Każdy telefon na numer biurowy jest przekierowywany w godzinach pracy na komórę właściwej osoby a każdy faks - automatycznie wysyłany na maila. Recepcja telefoniczna jest obsługiwana przez zewnętrzną firmę Ruby Receptionists z Oregonu. Klient, po wybraniu numeru ogólnego firmy Pax Water jest łączony z recepcjonistką (która fizycznie jest w Oregonie) która na podstawie posiadanych danych przełączy rozmowę na komórkę właściwej osoby z Pax Water.

W ten sposób firma zatrudniająca 14 osób jest w stanie kosztem w wysokości 1-2% obrotu mieć pełną obsługę księgową, HR, informatyczną i recepcyjną nie zatrudniając dokładnie nikogo.

Czy u nas się tak nie da?


czwartek, 25 października 2012

Piękno tworzenia

Skomplikowana geometria charakteryzuje widoczną na ekranie bryłę, bryła obraca się wokół własnej osi, nagle ukazuje się z innej perspektywy, to się przybliża to oddala,  wyświetlają się jej wymiary, kolory się zmieniają, pojawiają się opisy - bryła tańczy na ekranie w rytm jaki zagra jej projektant. 

Berkeley

Tak właśnie wygląda nowoczesne projektowanie przy użyciu pakietu programów do Komputerowego Wspomagania Projektowania CAD (Computer Aided Design). Niewątpliwie najbardziej rozpoznawalną firmą oferującą takie oprogramowanie jest Autodesk. Firma ta zadebiutowała w 1982 roku prezentując program AutoCad, który do dziś jest jej kluczowym produktem wykorzystywanym w szeroko pojętej inżynierii (30 lat na rynku!). Jednak Autodesk to nie tylko powszechnie znany  AutoCad, o czym przekonaliśmy się odwiedzając siedzibę firmy w San Francisco.

Drzwi windy się otwierają. W przestronnym holu widać pierwsze efekty wykorzystania oprogramowania Autodesku. Rzucają się w oczy rozmaite produkty zaprojektowane w programach CAD oraz później wytworzone przy pomocy drukarek 3D (Rapid Prototyping). Nasz podziw budzi model Mercedesa Biome zaprezentowany w konkursie Los Angeles Auto Show Design Challenge w 2011 roku. Samochód został zaprojektowany w miesiąc!

Model Bioma w siedzibie Autodesk
Troszkę mniejszy model Bioma
Produkty Autodesku są również wykorzystywane w przemyśle filmowym! Efekty specjalne widoczne w filmie Avatar Jamesa Camerona były tworzone przy pomocy oprogramowania oraz systemu odwzorowania ruchy opracowanych przez Autodesk. Aktorzy zostali wyposażeni w specjalne kombinezony umożliwiając odwzorowanie ich ruchu w wirtualnie wykreowanym świecie planety Pandory. Również animacja Katedra Tomasza Bagińskiego została stworzona przy pomocy oprogramowania Autodesku. 

Wizyta w Autodesk była dla nas przede wszystkim okazją do zapoznania się ze szczegółami funkcjonowania korporacji. W ramach odbytych warsztatów dokonaliśmy rewizji strategii firmy na polski rynek:).Spotkało się to z uznaniem Chrisa Bradshawa dyrektora działu marketing (CMO - Chief Marketing Officer). Czyżby budziła się w nas przedsiębiorczość przez duże P?


San Francisco

W sobotę udaliśmy się na pierwszą z planowanych trzech wycieczek do San Francisco. Wycieczka trochę w stylu objazdówki autokarowej ale mimo wszystko udało się zobaczyć kilka ciekawych rzeczy.  

Stanford

Absolutnie fantastyczna jest różnorodności tego miasta, najpierw jesteśmy w dzielnicy chińskiej. Mijamy kolejne sklepy z chińskimi rzeczami w których można kupić absolutnie wszystko pereł (autentyczne 5$ za sznur) po T-shirt-y (cena trochę niższa ;) ). 
 Kilka ulic i jesteśmy w dzielnicy włoskiej, kilka następnych ulic i jesteśmy w świecie wielkie finansjery.

Oczywiście obowiązkowy punkt programu każdej wycieczki do SF mianowicie most Golden Gate


Na koniec kilka fotek na SF z punktów widokowych.



niedziela, 21 października 2012

Per Aspera Ad Astra

Utrzymując dotychczasowy trend zatytułowałem wpis "Przez ciernie do gwiazd". Wbrew pozorom będzie miał on wiele wspólnego z naszą wizytą w NASA Ames Research Center i spotkaniem z profesorem Scottem Hubbartem.

Berkeley

W mijającym tygodniu odwiedziliśmy jedno z laboratoriów NASA - Ames Research Center. Mieści się ono w bezpośrednim sąsiedztwie Mountain View i Cupertino (siedziby Google i Apple) w byłej bazie wojskowej Moffett. Wojsko odstąpiło NASA ten olbrzymi i niesamowicie atrakcyjny teren, na którym NASA zorganizowało olbrzymi park technologiczny.

Mikołaj Oettingen i Michał Grega w NASA Ames Research Center

Wykład prowadził z profesor Scott Hubbart, zwany "Carem Marsa". Został on pierwszym kierownikiem programu Marsjańskiego NASA. Profesor Hubbart został zatrudniony w 1999 po spektakularnych, kolejnych porażkach misji Climate Orbiter, Polar Lander i Deep Space 2.

Prof. Scott Hubbart referuje historię misji marsjańskich. Zwraca uwagę "Faster, Better, Cheaper - Failed"


Objął on stanowisko kierownika połączonych projektów Marsjańskich i dyrektorem Ames Reserach Center. Zanim objął stanowisko tylko 30% misji kończyło się sukcesem. Misje były nie związane ze sobą i nie były kierowane jako jedno przedsięwzięcie. Były one realizowane zgodnie z taktyką "Faster, Better, Cheaper" co wykluczyło dokładne testy sprzętu i oprogramowania. To zostało zidentyfikowane jako podstawowa przyczyna katastrof. Przykładowo - w sondzie Polar Lander zabrakło jednej, krytycznej linii kodu. Sonda rozbiła się podchodząc do lądowania.

Od czasu gdy Hubbart objął stanowisko dokładnie wszystkie misje marsjańskie zakończyły się sukcesem,  wliczając w to spektakularną misję Opportunity. Misja ta była najbardziej skomplikowaną operacją lądowania na innym globie (biorąc nawet pod uwagę lądowania na księżycu w ramach programu Apollo).

Cytat na dziś:


There is a difference in cultural approach to start-up failure in Silicon Valley and Europe. In Silicon Valley it is expected and accepted to fail.
prof. Scott Hubbart



sobota, 20 października 2012

Ab Iove principium

Powoli mija pierwszy tydzień naszej obecności na Uniwersytecie Kalifornijskim Berkley potocznie zwanym Cal. Sprawy organizacyjne dobiegają końca a my stajemy się nową częścią ekosystemu Doliny Krzemowej. Aklimatyzacja przebiega pomyślnie.

Berkley

Słowo ekosystem jak najbardziej pasuje do tej specyficznej części Kalifornii. Jednak nie odnosi się ono do kalifornijskiej przyrody lecz do sieci wzajemnych powiązań pomiędzy nauką i biznesem. Jak się odnaleźć w tej sieci, jak stać się istotną częścią ekosystemu, jaki jest klucz do sukcesu? Wymienione zagadnienia omawialiśmy podczas serii wykładów z Paulem Campbelle, jednym z wiceprezesów korporacji Philips ekspertem w dziedzinie  przedsiębiorczości korporacyjnej oraz innowacjach.

Co jeszcze przyciągnęło naszą uwagę w Berkley? Mianowicie, wjeżdżających do miasta może zaskoczyć obecność dodatkowego znaku informacyjnego jakże różnego od naszego stylowego, zielonego znaku z nazwą miejscowości (znak E17a). Nie jest to również powszechnie występujący znak D42 oznaczający obszar zabudowany. Ów tajemniczy znak o którym mowa przekazuje dodatkową informacje na temat życia w Berkeley. Jak już wspomniano prace badawcze prowadzone na Uniwersytecie Kalifornijski Berkley pozwoliły na rozwój fizyki oraz inżynierii jądrowej. W roku 1986 rada miasta Berkley zdecydowała o ustalaniu strefy wolnej od instalacji jądrowych (nuclear-free zone) z czego mieszkańcy Berkley są dumni. Nie zmienia to jednak faktu że historia pokojowego jak i militarnego wykorzystania zjawisk jądrowych będzie zawsze powiązana z Berkley. Nota bene, jedne z największych na świecie laboratoriów(Los Alamos National Laboratories) prowadzących szeroko zakrojone prace w dziedzinie inżynierii oraz fizyki jądrowej są częścią Uniwersytetu Kalifornijskiego:)

Znak który niewątpliwie zaskoczyłby naszych drogowców...

Ostry start

Zaczęło się, od poniedziałku wzięto naszą grupę na warsztat zaczęło się. Zajęcia od 9-17, w środku dnia przerwa jedynie 1.5 h, do tego dochodzą zadania domowe. Naprawdę dziwnie się człowiek czuje kiedy ponownie znajduje się po "drugiej stronie". 

Stanford

Pierwszy tydzień to zajęcia z cyklu przedsiębiorczości, design thinking. Uczą nas jak szybko i oczywiście z grubsza ocenić wartość projektu, jakie ma on szanse udany start a na końcu zysk. Cykl zajęć z serii design thinking uczy ja spróbować odczytać potrzeby potencjalnego użytkownika, tak aby trafić z produktem w jego potrzeby, aby na końcu zechciał nam za to zapłacić.

Sam kampus robi oszałamiające wrażenie, jest tu wszystko i do tego wszystko jest ogromne. Do tego nie ma się wrażenia przytłoczenia, każdy z budynków jest oddzielny jeden od drugiego przynajmniej kilkoma metrami zielenie, drzew. No i trawa, bajecznie zielona, miękka i do tego można na niej się bezkarnie wylegiwać bez obawy, że nas ktoś przepędzie albo, że trafi nam się "niespodzianka".
Jedno z miejsc gdzie można przez chwilę się zrelaksować


 
Bardzo dużo wolnej przestrzeni gdzie studenci mogą w spokoju popracować


Przed Big Game nawet woda w fontannach jest czerwona ;)
I na koniec piękny samochodzik napotkany w drodze powrotnej z tzw. sitevisit.

wtorek, 16 października 2012

University of California - Berkeley

W Stanach Zjednoczonych wszystko jest wielkie. Nad wielkimi miastami latają wielkie samoloty. Hamburgery są gigantyczne a sok w supermarkecie sprzedawany na galony. Wielka jest też Nauka. "N" wielkie jest nieprzypadkowo. 

Berkeley

Po goszczącej nas uczelni, popularnie nazywanej Berkeley, oprowadzał nas profesor Andrew M. Isaacs, kierownik naszego programu. Wzbudził w nas podziw swoim talentem oratorskim, zaangażowaniem i niezwykłą umiejętnością zmotywowania i przekonania nas o istotności naszego programu. Jednak to, co otworzyło nam oczy na roztaczające się przed nami możliwości to spacer po kampusie uniwersytetu.

Budynek "Life Sciences" UC Berkeley


Berkeley to najstarszy kampus University of California (określanej po prostu jako Cal). Społeczność całego Cal to 400.000 (nie, nie pomyliłem zer!) pracowników i studentów na dziesięciu kampusach rozsianych po terenie Kalifornii. Szacuje się, że w świecie biznesu, administracji i nauki pracuje około 1.600.000 wychowanków tego uniwersytetu. Roczny budżet, jakim dysponuje Cal to 22 miliardy dolarów, a więc przeszło 66 miliardów złotych (2011). W 2011 roku całkowity Polski budżet na naukę i szkolnictwo wyższe wyniósł 10.1 miliarda złotych (http://www.naukawpolsce.pap.pl/).

Miejscem, gdzie uświadomiliśmy sobie wielkość i potęgę tego miejsca jest ulica Oppenheimer Way. Przy niej mieści się budynek Le Conte Hall, w którym w pokoju 202, Genn T. Seaborg odkrył pluton. Prowadziło to do otwarcia, pod kierownictwem Oppenheimera, projektu Manhattan i stworzenia bomby atomowej.

W tym budynku, w pokoju 202, rozpoczął się projekt Manhattan

Widok, od którego po plecach przeszły nam ciarki to parking przed La Conte Hall przedstawiony na poniższym zdjęciu.

NL Reserved. Tu parkują giganci.

Miejsca parkingowe "NL Reserved" to nie miejsca dla gości z Holandii (Netherlands). To miejsca parkingowe zarezerwowane wyłącznie aktywnych dla pracowników uniwersytetu mogących poszczycić się zdobyciem nagrody Nobla. Przy samym budynku fizyki miejsc takich jest sześć. W ciągu swoich 144 lat historii pracownicy i absolwenci Cal zdobyli 71 nagród Nobla. Tegoroczny laureat Nobla z fizyki, David Wineland także jest wychowankiem tego uniwersytetu.

Wieczór zakończyliśmy lampką wina w trakcie powitalnej kolacji i wspaniałym widokiem na zachód słońca nad Golden Gate. Patrząc na zapierający w piersiach widok na Pacyfik przypominały nam się słowa Issaca Newtona:

"If I have seen further it is by standing on the shoulders of giants."

Przed nami dziewięć tygodni czegoś, co Kalifornijczycy nazywają "Life changing experience"

Zachód słońca nad Golden Gate


 


Podróż


Dzień przed wylotem. Humor nam dopisuje, wszyscy są w pogodnych nastrojach. Ekscytacja przed naszym wylotem sięga zenitu. Nie możemy się już doczekać podróży do słonecznej Kalifornii będącej centrum światowych innowacji. Dzisiaj wieczorem, na spotkaniu z przedstawicielem MNiSW dostaliśmy ostatnie wskazówki dotyczące naszego pobytu w Berkeley. Spotkanie było również okazją do zapoznania się wszystkich uczestników programu. Teraz czas odpocząć przed długą podróżą, więc dalszy nieoficjalny ciąg spotkania  postanowiliśmy zorganizować już za oceanem.

Berkeley

Dzień wylotu. Po obowiązkowym odwiedzeniu kilku bramek na lotnisku (zdanie bagażu, kontrola bezpieczeństwa, kontrola paszportowa, dodatkowa kontrola bezpieczeństwa dla wybranych - ja to mam szczęście!)  znaleźliśmy się wewnątrz naszego środka transportu do Chicago - Boeinga 767. Samolot ociężale, bez gracji wzbił się w powietrze.

Lot. W niedługim czasie po starcie zauważyliśmy oddalające się wybrzeże Polski, następnie morze Bałtyckie, fiordy Norwegii a na samym końcu mignął nam tylko kontur samotnej wyspy Islandii. W tym momencie  zostawiliśmy na dwa miesiące naszą dotychczasową europejską rzeczywistość aby otworzyć nasze umysły na zupełnie nową przygodę w centrum barwnej kultury Amerykańskiej - Dolinie Krzemowej.

Lądowanie. Monotonię naszego lotu zburzył głos pilota. Zbliżamy się do lądowania w Chicago, gdzie mamy przesiadkę do San Francisco. Dla niektórych z nas to pierwsza wizyta na kontynencie innym od Europy. Jeszcze tylko 4.5h lotu z Chicago do San Francisco… co to dla nas po 10h turbulentnego lotu z Warszawy do Chicago!

Nareszcie! San Francisco i Berkeley…usypiamy stając z uśmiechem na twarzach. 

niedziela, 14 października 2012

3,2,1,0 zaczynamy...

Towarzystwo w komplecie dotarło na miejsce zgrupowania, wszyscy "zalogowali" się w swoich pokojach czy jak to tutaj zwą "apartamentach". Część osób jeszcze walczy ze zmianą czasu ale generalnie większość już funkcjonuje według czasu lokalnego.

Dzisiejszy wolny dzień to rozpakowywanie, poznawanie się, próba nawiązania kontaktu z bliskimi w Polsce. Profesor Moncarz zaprosił naszą grupę na mały obiad do chińskiej restauracji gdzie integrowania był ciąg dalszy.

Pierwsze wrażenia z pobytu w USA to wszystko tutaj jest duże ;). Nie można kupić jednego napoju na spróbowanie trzeba kupić 12, nie można kupić małe paczki M&M-sów trzeba kupić paczkę 1kg  itd ;). Może to jest właśnie jedna z przyczyn także dużego komercyjnego sukcesu amerykańskiej nauki - skoro wszystko jest u nas duże to i nakłady na naukę niech będą duże...

Grupa Top 500 edycja 40.3 w komplecie

piątek, 12 października 2012

Trzecia edycja - Berkeley, Stanford i Scott MacKenzie

W ten weekend rusza trzecia edycja programu. Bierzemy w niej udział we trzech. Marek jest już w drodze na Stanford. Ja (Michał) i Mikołaj dziś wyjeżdżamy z Krakowa a jutro lecimy do Berkeley. 

Berkeley

Mimo, że gościć nas będą dwie różne uczelnie jedziemy we wspólnym celu i postanowiliśmy pisać w ramach jednego bloga. Posty będą oznaczone nazwą uczelni i odpowiednim tagiem.

Ostatnie dwa tygodnie upłynęły w szale przygotowań. Każdy z nas musiał pożegnać się z bliskimi, zamknąć bieżące sprawy na uczelni (a przecież dopiero co zaczął się rok akademicki i obowiązki dydaktyczne!) oraz przygotować się do wyjazdu.

To przygotowanie nie ograniczyło się tylko do wyprasowania koszul. Wypełnianie formularzy wizowych, formularzy goszczącej uczelni, ankiet organizatorów, udział w spotkaniach przedwyjazdowych, wreszcie - przygotowanie merytoryczne to bez mała drugi etat. 

Dziś o 1345 etap przygotowań zamykamy i ruszamy na wielką przygodę. Pociągiem do Warszawy, na Okęcie. Tam ostatni briefing z organizatorami ze strony ministerstwa i nocleg w hotelu. Jutro o 1210 samolot do Chicago (LOT), i dalej do San Francisco (American Airlines). 

W uszach cały czas gra Scott MacKenzie "If You Are Going to San Francisco"...


Przygoda, przygoda każdej chwili szkoda....

No właśnie, przygoda rozpoczęta. Zalogowany w hotelu, w oczekiwaniu na wieczorne spotkanie z pozostałymi uczestnikami. Jutro tylko 13 godzin lotu i będziemy na miejscu. Program zajęć ustalony, wykładowcy już podsyłają pierwsze materiały do zajęć. W środę pierwsze wyzwanie, rozmowa w sprawie być może praktyk.


poniedziałek, 1 października 2012

4.10.2012: Boomerang rusza powakacyjnie!

Pierwsze powakacyjne spotkanie Boomeranga zatytułowane "Jak dostać się pod anielskie skrzydła? Od start-upu do anioła biznesu" odbędzie się 4 października 2012 r. w Akademii Górniczo-Hutniczej im Stanisława Staszica w Krakowie. Podczas spotkania gościć będziemy absolwentów AGH - Jacka Gzyla i Piotra Hnacika, kiedyś twórców i właścicieli firmy GH-NET, a obe
cnie przedsiębiorców inwestujących w innowacyjne start-upy. Spotkanie w Krakowie rozpocznie się o godz.: 18:00 w ACK Cyfronet AGH w Sali konferencyjnej 303 i będzie transmitowane do Warszawy, Gdańska, Częstochowy, Poznania a także Łodzi, Rzeszowa i Bydgoszczy.

Najbliższe spotkanie będzie doskonałą okazją do poznania motywacji do zakładania własnych start-upów oraz ścieżki rozwoju zawodowego prowadzącej ku inwestycjom w innowacyjne rozwiązania. Naszych gości zapytamy m.in. o motywacje prowadzenia własnej firmy, czynniki, które wpłynęły na jej sukces, dlaczego warto nie bać się ryzyka, jak skutecznie inwestować zarobione pieniądze oraz jak rozmawiać z aniołami biznesu, aby pozyskać fundusze na własne przedsięwzięcia.
 
Więcej informacji na stronie: http://top500innovators.org/boomerang.html

piątek, 3 sierpnia 2012

AGH i Stanford w rankingu uczelni Webometrics


AGH ponownie zostało sklasyfikowane jako najlepsza polska uczelnia techniczna w automatycznie liczonym rankingu webometrics. W skali świata jest to jednak dość niska lokata, prawdopodobnie ze względu na małą ilość stron domowych pracowników, mało odniesień do AGH na stronach instytucji współpracujących z AGH i niepublikowanie prac dyplomowych w internecie.

Stanford University zajęło 3 lokatę na świecie. Tak to się robi w Kalifornii! :)

czwartek, 5 lipca 2012

Koniec czy początek ?

Wróciliśmy! Pewnie zastanawiacie się dlaczego tak późno piszemy o tym, że wróciliśmy... bo dopiero teraz wszyscy dotarli do swoich domów, uczelni, instytutów, centrum transferu technologii. Wszyscy lecieliśmy do San Francisco razem, niestety nie udało nam się razem wrócić do Warszawy... na szczęście ten smutny incydent nie popsuł humorów panujących w naszej grupie i wszyscy wróciliśmy zadowoleni. Po 9 tygodniach spędzonych w Dolinie Krzemowej wszyscy wróciliśmy chorzy, nie zarażeni wirusem innowacyjności, lecz chorzy! Chorzy na komercjalizację naszych badań, na kreowanie potrzeb klientów, na wdrażanie w naszych macierzystych jednostkach wszystkiego czego dowiedzieliśmy się podczas zajęć w Stanfordzie i podczas intershipów. Skończył się wyjazd, skończyło się szkolenie ale nie skończyła się przygoda z innowacyjnością, tak naprawdę ona się dopiero zaczęła. I dlatego to nie koniec, to dopiero początek! Początek naszej drogi ku zdobywaniu międzynarodowego rynku. W ramach prac projektowych przygotowaliśmy program nauczania polskich studentów, aby mogli nabyć wszystkie miękkie umiejętności, o których dotychczas nie mieli pojęcia. Wkrótce na stronie MNiSW powinny się pojawić wyniki naszych prac, więc sami zobaczycie nasze opracowania.

Już teraz część z nas spotyka się w Poznaniu, aby omówić dalsze kroki jakie należy podjąć, aby wdrożyć wszystko to, co od dawna pracuje w Dolinie Krzemowej. Nie stworzymy drugiej Doliny Krzemowej w Polsce, ale tak naprawdę wcale nie musimy tego robić. Dzięki inicjatywom zaszczepionym w Stanfordzie tworzymy w Polsce Huby innowacyjności, które staną się ambasadorami Doliny Krzemowej w Polsce i  naszych jednostek w Dolinie Krzemowej. Dziś i jutro część osób z naszej krakowskiej ekipy: Jerzy Domżał, Piotr Dziurdzia, Artur Rydosz i Krzysztof Wincza (kolejność alfabetyczna) będzie pracować nad przygotowaniem krakowskiego oddziału. O wszystkim co wypracowaliśmy powiadomimy Was wkrótce!

Wróciliśmy i z przyjemnością podzielimy się z Wami naszą wiedzą, więc piszcie, dzwońcie i przychodźcie na AGH, jeżeli chcecie dowiedzieć się jak to działa w dolinie krzemowej. Wszyscy jesteśmy z AGH, to stan umysłu ;)

niedziela, 1 lipca 2012

Go Global Poland !

W ostatnich dniach naszego pobytu w Dolinie Krzemowej, w ramach praktyk mieliśmy możliwość odbyć staże w firmach, instytucjach i laboratoriach uniwersyteckich. Część z nas trafiła do HUBa Innowacyjności, który ma bardzo poważne szanse stać się akceleratorem dla małych i średnich polskich przedsiębiorstw w zdobywaniu światowych rynków. Instytucje takie mają już w Silicon Valley m.in. Duńczycy, Austriacy, widać tu również coraz więcej czeskich i słowackich firm. Polska, pomimo zdecydowanie większego potencjału i bardzo dobrej sieci biznesowych kontaktów wypracowanych przez lata przez Polonię, jest bardzo skromnie reprezentowana.
Inicjatorem przedsięwzięcia jest US-Polish Trade Council, organizacja która zrzesza polskich naukowców, inżynierów i biznesmenów przebywających w USA. Oprócz Palo Alto, oddziały HUBa są/będą otwierane w większych polskich miastach, Poznaniu, Katowicach, Warszawie i w Krakowie.
Magda i Krzysiek z Poznania, Piotrek z Krakowa, prof. Piotr Moncarz ze Stanfordu i Darek z Warszawy

Podczas naszego pobytu w HUBie pomagaliśmy opracowywać założenia i regulamin bardzo ciekawej inicjatywy „Go Global Poland”, która ruszy już niebawem. Jej celem jest organizacja cyklicznych konkursów i wybór kilku najlepszych polskich firm którym zapewnione zostanie wsparcie, szkolenie i pomoc w prowadzeniu działalności gospodarczej w Dolinie Krzemowej. Nie tracąc swojego polskiego charakteru, firmy zyskają dostęp do globalnych rynków oraz wiarygodność popartą obecnością w centrum światowej innowacyjności.
Z tego będzie coś ciekawego!

Wizyta w Tesla Motors

Samochody przyszłości zasilane wyłącznie energią elektryczną? – w Silicon Valley to już powoli codzienność. Mimo, że dość dobrze jesteśmy zorientowani w nowinkach motoryzacyjnych, to wizyta w Tesli pozwoliła nam nabrać jeszcze większego przekonania co do tego w jakim kierunku podąża przemysł samochodowy. Jeszcze do niedawna elektryczne samochody były bardziej naukową ciekawostką, a ich produkcja i z związane z nią koszty nie zapewniały satysfakcjonujących zysków. Dzisiaj, po samochody Tesli, których ponoć połowa dotychczasowej produkcji jeździ po ulicach Palo Alto i Silicon Valley, trzeba czekać w kolejce ponad 10 lat!, a Tesla wreszcie przeżywa swoje czasy prosperity. Co prawda jednorazowy wydatek na pojazd Tesli nie jest mały,... to za to później ….za przejażdżkę 100 km zapłacimy nie 10 USD (jak w przypadku silników benzynowych), a jedynie 20 centów!!!  I jeszcze ta ujmująca cicha praca silnika ….

Wizyta w TESLA

TESLA Car

Sukcesy TESLI, m.in. dzięki ogromnym nakładom na innowacje i imponującej kolekcji patentów

czwartek, 28 czerwca 2012

Design Thinking

Wynik projektu zespołu w którym była Mirka:

Demokracja bezpośrednia


W Kalifornii jest jeszcze jeden ciekawy czynnik, który może wspierać tutejszy klimat przedsiębiorczości i brania spraw w swoje ręce.  Jest nim demokracja bezpośrednia. Działa w dość ograniczonej formie, ale symbolicznie robi wrażenie, zwłaszcza że inne stany nie mają takiego systemu. Regularnie poddaje się pod głosowanie konkretne ustawy i ich wejście w życie zależy od decyzji każdej uprawnionej do głosowania osoby. Pod takie głosowanie poddaje się zarówno prawa o naturze obyczajowej i społecznej, jak i finansowej - na przykład na jakie badania przeznaczać środki. System jest o tyle mało istotny w praktyce, że wyniki głosowania są zobowiązujące tylko jeśli frekwencja przekroczy 50%, co niestety rzadko się zdarza.

sobota, 23 czerwca 2012

d.school - czas projektów

Nasze ostatnie zajęcia w d.school były prowadzone przez samego założyciela Davida Kelly, który oceniał nasze projekty, zajęciom przyglądał się prof. Moncarz i prof. Pawlak.

 Tego Pana nie trzeba przedstawiać ;)

 David Kelly

od lewej: Prof. P. Moncarz i prof. A. Pawlak

Tych Panów też nie trzeba przedstawiać :)


Ślady AGH

Studiując w Stanfordzie nie mogliśmy sobie odmówić wizyty w "zaprzyjaźnionym" Uniwersytecie w Berkley - University of California Berkley i nawet tam natrafiliśmy na ślady AGH:

Jurek na tle wejścia do szkoły: Mining and Metalurgy - brzmi znajomo, prawda?

Ale to nie koniec, absolwenci AGH pracują także w google. Pisaliśmy wcześniej o Grześku a ostatnio oprowadzał nas Marcin, absolwent naszego Wydziału EAIiE, kierunku Informatyka - rocznik 2005.

W google podczas rejestracji

Inspiracja dla pracowników google

Jeden z budynków google